Wiedza

Przejdź dalej

Fundacja Firmy Rodzinne

English

24 kwietnia 2018

W kontakcie ze sobą czyli z kim? – rozmowa z Marcinem Fabjańskim

W kontakcie ze sobą czyli z kim? – rozmowa z Marcinem Fabjańskim

Marzanna Maciejewska: Czy zawsze chciałeś zostać filozofem?

Marcin Fabjański: Mniej więcej od 16-17 roku życia, czyli kiedy w liceum po raz pierwszy zetknąłem się z pismami niejakiego Fryderyka Nietzschego, ta myśl jakoś we mnie zakiełkowała. Potem, pod koniec liceum, miałem właściwie do wyboru trzy kierunki, które mnie jakoś interesowały: polonistykę, bo chciałem zostać słynnym pisarzem, psychologię, bo chciałem zostać człowiekiem z niebywałym wglądem w dusze innych ludzi, i filozofia, bo… Fryderyk Nietzsche. Ostatecznie zdecydowałem się na filozofię, bo zakochałem się w pismach tego faceta.

M.M.: Co takiego było w jego twórczości, co było dla Ciebie tak pociągające?

M.F.: Nietzsche pisze bardzo szybko, ostro, aforystycznie, trudno zrekonstruować jego całą myśl, nawet jego biografowie tego nie potrafią, ale te krótkie, takie żądlące sentencje Nietzschego trafiają i wywołują pewien psychofizyczny efekt. I ten efekt, prawdopodobnie tak jak każdy inny narkotyk, dawał mi pewien haj. Poza tym to, że znałem twórczość Nietzschego przydawała mi się wtedy przy uwodzeniu kobiet, ale to była jednak jego wtórna funkcja. Pierwsza była taka, że jak go czytałem, to czułem rodzaj niebywale przyjemnej ekscytacji intelektualnej.

M.M.: Czyli intelektualna przyjemność zmieniła się w decyzję, aby studiować filozofię?

M.F.: Tak, i okazało się to dobrym wyborem. Przede wszystkim dlatego, że spotkałem na tych studiach różnych, bardzo oryginalnych ludzi, mówię tutaj bardziej o studentach, niż o wykładowcach. Drugim, ważnym dla mnie autorem, którego odkryłem jeszcze w liceum, a potem zgłębiałem na studiach, był Philip Kapleau. To była wtedy chyba jedyna buddyjska książka w Polsce: „Trzy Filary Zen“ i ona też była dla mnie niebywale inspirująca, bo pierwszy raz pokazała mi, że istnieje coś takiego jak przebudzony umysł. W ogóle, zaszczepiła we mnie tę koncepcję, że ten umysł codzienny, pełen trosk, zmartwień, takiej mgły myślowej, nie jest jedynym możliwym stanem. I że przynajmniej w teorii istnieje pewien inny stan, i natychmiast ta opcja, ta możliwość, zadziałała na mnie jak silny atraktor. A u Philipa Kapleau natknąłem się na opisy ludzi, którzy doświadczali tego, co się nazywa przebudzeniem w buddyzmie i absolutnie mnie to porwało. Na tamtym etapie jeszcze nie zaangażowałem się w medytację buddyjską, to przyszło później, na drugim roku studiów.

Najpierw trafiłem na medytację tybetańską i okazało się, że to w ogóle nie jest mój styl. Tam jest to zorganizowane tak, że jest guru i jest uczeń oraz pracuje się tam dużo z wizualizacjami, a to mi nie służyło, uznawałem, że to odwodzi od kontaktu z rzeczywistością. Pojechałem stopem do Francji, do buddyjskiego ośrodka Plum Village, założonego przez buddyjskiego mnicha Thich Nhat Hanha i spotkałem tam nauczyciela vipassany. I od razu poczułem, że ta ścieżka szalenie mi odpowiada, bo nie ma w niej mantr i wizualizacji, tylko niezwykle precyzyjna introspekcja.

M.M.: Powiedziałeś „szybko uznałem, że to nie moja ścieżka“. To jest pytanie do tamtego momentu w Twoim życiu, ale jest to też pytanie ogólne: po czym poznajesz, że coś jest twoją ścieżką albo nią nie jest?

M.F.: Człowiek rośnie i powoli, powoli zaczyna sobie uświadamiać, jakie ma preferencje. Moją preferencją jest kontakt z naturą, wszystko co jest wzorcem naturalnym, a nie sztucznym. Moją ścieżką jest też pewien rodzaj racjonalności i logiki. Dlatego czułem w sobie bunt, gdy nauczyciel kazał mi wizualizować Buddę, który jest przepasany szatą z bawełny z Benares, bo to w ogóle nie mieściło się w moim modelu racjonalności. Dlaczego z Benares a nie np. z Bangladeszu? Może źle trafiłem, ale gdy proszono mnie, abym różne rzeczy robił mechanicznie, wiele tych próśb kwestionowałem. Często poznawałem więc swoją drogę poprzez bunt.

M.M.: A dziś – czy masz jakiś swój rodzaj filozofii?

M.F.: Nie swoją własną w sensie całkowitej oryginalności, bo coś takiego chyba w ogóle nie jest możliwe, ale mam swoje preferencje, mam swój kierunek, który przekłada się bardzo wyraźnie na styl życia, który prowadzę w głuszy, a którego częścią jest Szkoła Filozofii w Apeninach, którą prowadzę, ale mam też poczucie pewnej klarowności, w którą stronę mam pójść, choć staram się też nie zamykać na inne możliwości. Mogę sobie wyobrazić, że gdybym podczas spaceru apenińskimi ścieżkami spotkał wyłaniającego się zza skały porywającego mistrza tybetańskiego, pewnie wiele mógłbym się od niego nauczyć, nie zamykam się na coś tylko dlatego, że przynależy do innej tradycji. Co ciekawe, katolicyzm, który wydawał mi się w Polsce zupełnie nieinteresujący, z punktu widzenia poznawczego, tu we Włoszech wydaje mi się dużo ciekawszy. Uświadomiłem sobie, że patrzyłem dotąd na katolicyzm przez pryzmat kościoła polskiego, który wydawał mi się irracjonalny i powiązany z ideą narodu, ale katolicyzm włoski, który jest dużo bardziej lokalny i niemal pogański, wyrosły z wiary w miejscowe bóstwa, które drzemią pod każdą skałą i w każdym drzewie, katolicyzm, który rozwija życzliwość, nagle stał się dla mnie atrakcyjny. Nie do tego stopnia, żebym zaczął wierzyć w Boga, ale na tyle atrakcyjny, że mógłbym zacząć go studiować. Tutaj [w Polsce], zupełnie nie miałem takiego impulsu.

Miejsce, w którym znajduje się moja Szkoła, powiązane jest ze świętym Benedyktem, który przez trzy lata, zanim został świętym, medytował w jaskini. Zacząłem studiować jego słowa i zobaczyłem go w zupełnie innym świetle. Dawniej wiedząc, że ktoś został uznany za świętego, przyjmowałem, że jest po prostu wyznawcą pewnej doktryny i zakładałem, że niewiele się od niego nauczę, a teraz uświadomiłem sobie, że on te trzy lata przesiedział w jaskini, z tą wilgocią, z tą pustką i ciemnością, i zupełnie inaczej na niego spojrzałem. I zacząłem odnajdywać ciekawe rzeczy.

Jedyna właściwa ścieżka to ta indywidualna. Jest dla mnie dziś jasne, że mechaniczne środki mogą być skuteczne na jakimś etapie, ale w prawdziwym rozwoju na ścieżce budzenia umysłu, każdy musi nauczyć się sam siebie. Nie ma jednej mechanicznej recepty dla każdego.

M.M.: Co masz na myśli mówiąc: mechanicznej recepty?

M.F.: Kiedy jechałem do któregoś z klasztorów, dostawałem często rodzaj recept, czy wskazań typu: „skanuj swoje ciało od stóp do głowy i rób to wielokrotnie”. Zwykle, takie instrukcje dobrze działają na początku, wprowadzając coś nowego, ale w pewnym momencie umysł ludzki domaga się pewnej dramaturgii i musi sobie sam dramaturgię zbudować, bo inaczej z tej mechaniczności przyjdzie znudzenie, zniechęcenie. Można oczywiście z tymi emocjami pracować, ale można też do tego podchodzić inaczej: poprzez świeżość, uruchomienie pewnego procesu badania. Większość szkół świeckich i religijnych jest jednak dogmatyczna i mówi „moja metoda jest najlepsza“, masz tylko robić te dwie lub trzy czynności, które doprowadzą Cię do przebudzenia. Niewielu nauczycieli zainteresuje się głębiej, jaki jest twój obecny stan umysłu lub postara się ciebie lepiej zrozumieć.

M.M.: Jak człowiek, który szuka czegoś więcej niż tylko życia codziennością, ma się odnaleźć w tej niezmiernie bogatej ofercie rozwojowej, którą mu świat dziś składa? Mam poczucie, że za wieloma wyborami stoi przypadek. Czym warto się kierować, aby wybierać bardziej świadomie?

M.F.: Trudno jest na to pytanie odpowiedzieć bardzo jednoznacznie, ale na pewno ważne jest, żeby słuchać ciała. Moja pierwsza przygoda medytacyjna w Azji to było całkowite niesłuchanie ciała. Ukułem sobie taki plan, że pierwsze sześć tygodni spędzę na medytacji i szukaniu przebudzenia a dwa ostatnie na plaży. Ponieważ na oświecenie miałem tylko sześć tygodni, to szukałem klasztoru, który, jest najbardziej surowy, zgodnie z myśleniem, że jak będzie ciężko, to szybko przyjdzie efekt.

Moimi nauczycielami byli mnisi z Korei, bardzo „macho“, i oni mi mówili „you must sit through the pain, nirvana is around the corner“. Uwierzyłem im, miałem 24 lata, siedziałem w tym bólu, cierpiąc ogromne męki, aż zacząłem tracić przytomność, bo psychika i ciało już nie chciało tego znosić. Do tej pory nie mam też pełnej sprawności w nodze, bo uszkodziłem sobie wtedy nerw kulszowy. To jest pierwsza nauka – słuchaj swojego ciała, a nie guru czy nauczyciela.

Druga ścieżka to słuchaj swoich emocji. Ścieżka medytacyjna ma swoją logikę. Przechodzi się przez różne etapy. Nie jest to zawsze przechodzenie od nieprzyjemnego do przyjemnego, ale po kilku latach tendencja jest jednak taka, że wzrasta tolerancja, puszczanie trudnych stanów, więc jeśli nie widzisz w sobie pewnego rodzaju otwarcia się, luzu, spokoju, to pewnie jest to zły kierunek.

Trzecia rzecz, na którą warto zwrócić uwagę, to gdy nauczyciele proszą Cię o rzeczy irracjonalne. Zdrowy rozsądek musi obowiązywać również w kontakcie z nauczycielem. Przeraża mnie ilość nadużyć finansowych, seksualnych, które mają miejsce w środowiskach, które teoretycznie mają ludziom pomagać. Jest taki rodzaj pokusy, który się pojawia, gdy nauczyciel widzi z jakim zachwytem spotyka się ze strony swoich uczniów, pojawia się w nim takie złudne poczucie mocy. Złudne, bo to jest moc natury, a nie moc człowieka. Przeraża mnie, gdy ludzie zupełnie zawieszają krytyczne myślenie w stosunku do swoich nauczycieli.

Ciało i emocje dadzą nam odpowiedź – jak pakujemy się w coś naprawdę niezdrowego, to pojawia się wtedy coś, co ja nazywam wewnętrznymi mdłościami. Czasami – w imię tego, że sądzimy, że nauczyciel wie lepiej – tłumimy w sobie ten instynkt i te odczucia.

M.M.: Mówisz dużo o medytacji – czy każdy filozof powinien medytować?

M.F.: Nie widzę sprzeczności między filozofią a medytacją. Jest takie powszechne wyobrażenie, że filozofia to myślenie, a medytacja to nie–myślenie, ale obie są fałszywe. Gdy poczytamy pierwsze pisma buddyjskie, to okazuje się, że już wtedy znano dociekanie i logikę, a gdy spojrzymy na filozofię – taką jak uprawiali starożytni Grecy, to zobaczymy, że pisali o tym, aby utrzymywać ciało w pewnym psychofizycznym stanie zwanym ataraksją, że Marek Aureliusz ciągle nawołuje aby być w stanie klarownej trzeźwości. Ta filozofia była medytacją.

W takim ogólnym wyrazie można być zarazem buddystą i stoikiem.

Nie mam wątpliwości, że kierunek filozofii i medytacji jest ten sam. Obie te nauki kładą duży nacisk na moralność, na rozwój pewnych cech charakteru. Dlatego, gdy mówię medytacja, mógłbym powiedzieć równie dobrze filozofia i odwrotnie.

M.M.: Co – z tego o czym Marcinie mówisz – może w swoim codziennym życiu wykorzystać zwykły człowiek: zabiegany, zapracowany, mający rodzinę i mnóstwo spraw na głowie? Taki, który nie może wyjechać do Tajlandii do klasztoru na 8 tygodni, a chciałby coś zmienić w swoim życiu?

M.F.: Jakbym miał wyjąć taką istotę i z medytacji i filozofii i próbował zdefiniować to, o co w nich chodzi, to bym powiedział, że jest to sztuka inteligentnego dawania uwagi i uczenie się tego, jaka ma być ta uwaga. Wszystkie inne narzędzia, takie jak rozwijanie cnót, czy sztuka koncentracji, wszystkie one są podrzędne względem tej sztuki. I w buddyzmie i stoicyzmie dajemy uwagę raczej temu, co jest teraz, niż temu, co się stało i temu co ma się wydarzyć. I w buddyzmie i stoicyzmie dajemy uwagę raczej zmienności niż stałości. Czyli jak sobie tutaj rozmawiamy w kawiarni, to gdybym miał być teraz dobrym buddystą albo taoistą, to zamiast widzieć ciebie jako jeden kształt i myśleć o tobie jako jednej osobie, raczej starałbym się widzieć ciebie jako proces, jako zmienną, jak rozmawiamy, to nie muszę się domagać od ciebie tego samego za każdym razem. Mogę zrozumieć, że powiedziałabyś coś innego, albo uśmiechnęłabyś się inaczej gdybyś wypiła trzy kawy, a nie jedną herbatę, czekając na mnie. Wszyscy jesteśmy w procesie życia.

Odpowiadając na twoje pytanie, dawanie uwagi z pewnością jest łatwiejsze w laboratoryjnych warunkach klasztoru i natury i wiemy też, że natura bardzo dobrze wpływa na naszą uwagę. Są różne badania, które pokazują, co się dzieje z dobrostanem człowieka, któremu się każe iść do lasu i nic więcej nie robić. Wiemy, że uaktywniają się zmysły, że ma to dobry wpływ na organizm, że wydzielają się wtedy dobre hormony, że klarowniej myślimy, przychodzą nam do głowy najlepsze pomysły. Ale nie znaczy to, że nie można tego praktykować w innych okolicznościach – można to robić wszędzie.

Nawet będąc w kawiarni możemy zwracać uwagę na to co naturalne: na rytm oddechu, jeśli pozwolimy mu być takim jakim jest. Jest rytmem naturalnym, jest przejawem natury. Na powiew powietrza, na oddziaływanie grawitacji. Mamy do tego wszystkiego dostęp. Oczywiście, że jest to trudniejsze niż w naturze – niemniej możliwe.

Dużym problemem jest nawet nie tyle to, gdzie jesteśmy, ale to, że nasz styl życia wymusza na nas ciągłą obecność dramaturgii narracyjnej: musimy ciągle myśleć, kombinować, analizować, tu zawieziemy dziecko, tu musimy wrócić. Żyjemy w świecie miar, cyfr, godzin, dystansu, abstraktów – właśnie to nas głównie męczy. Mogę sobie wyobrazić medytacyjne życie w Warszawie z dużą łatwością, ale jednocześnie jestem przekonany, że byłoby ono łatwiejsze dla kogoś, kto nie ma na głowie tych wszystkich logistycznych rzeczy i nie pracuje siedząc osiem godzin przed komputerem.

M.M.: Czyli najważniejsze jest to świadome dawanie uwagi. I jednocześnie masz świadomość, że we współczesnym życiu pełnym abstraktów może to być trudne.

M.F.: To jest często kwestia proporcji. Kiedy patrzę na moje życie, z którym właśnie próbuję zerwać: czyli życie w mieście, życie ze stałą pracą, w którym jest dużo projektów, planowania, terminów, analizy, zaangażowania myślenia, które nie jest specjalnie rozwijające, to mogę sobie wyobrazić, że łatwiej byłoby pustelnikowi z placu Unii Lubelskiej znaleźć tę możliwość praktykowania niż komuś kto pełną parą pracuje, opiekuje się rodziną.

M.M.: Bardzo mnie kusi, żeby zapytać Cię co sądzisz o stawianiu sobie w życiu celów. Żyjemy w świecie, który komunikuje nam zewsząd, że aby mieć poczucie spełnienia, albo przynajmniej poruszania się do przodu, powinniśmy stawiać sobie cele i do nich dążyć. Jak widzi to medytujący filozof?

M.F.: Kiedyś było to proste, według starożytnych, celem każdego człowieka było rozkwitnięcie. Może nie każdemu, ale nawet taki człowiek „z ulicy“ miał pewną ścieżkę, zaplanowany przez tradycję plan życia. Filozofowie tego nie akceptowali, byli więc często banitami, funkcjonującymi poza społeczeństwem.

Natomiast w naszej kulturze sami sobie stawiamy cele. I wydaje mi się, że stoi za tym przekonanie, że jeśli nie postawimy sobie celów, to nasze życie będzie puste, bezcelowe. I jest to złudne przekonanie. Czy celem będzie jeśli powiem sobie „będę dobrym człowiekiem?“ Według filozofii liberalnego kapitalizmu – nie. Mówiąc o celach, potrzebna jest jednak głębsza refleksja nad sensem życia. Jaki jest najważniejszy, największy, ostateczny cel mojego życia? Jeśli stracimy taką dużą perspektywę, to wtedy wszystkie cele, które sobie stawiamy: zakończyć projekt, rozwinąć firmę, awansować, zdobyć premię – one wszystkie nie mają wtedy aż takiego znaczenia. Znamy to z literatury, znamy z psychologii, że refleksja często pojawia się dopiero wtedy, gdy coś nas wyrywa z tego mechanicznego trybu życia, w którym żyjemy: gdy jesteśmy wypaleni albo dopada nas choroba. A przecież nie musi tak być, nie musimy na to czekać.

M.M.: Czy Twoja Szkoła w Apeninach powstała z celu, który sobie postawiłeś?

M.F.: Z jednej strony tak – postawiłem to sobie za pewien cel, a z drugiej, było trochę tak, że życie samo pchnęło mi ten cel w ramiona. Jak do tego doszło?

Pracowałem kiedyś w różnych korporacjach medialnych i kiedy wiedziałem już, że nie jest to moja ścieżka, a miałem trochę czasu, postanowiłem poświęcić go na pisanie mojej pierwszej książki dla dorosłych: „Stoicyzm Uliczny“. I ona została przez ludzi bardzo dobrze odebrana. Nieco później pojawiła się taka potrzeba i pomysł, abym wokół tej książki zrobił spotkania i warsztaty. Pierwszy warsztat okazał się bardzo silnym dla mnie przeżyciem, okazało się, że oprócz ekscytacji wynikłej z introspekcji, jest też ekscytacja wynikająca ze wspólnych dociekań, z intelektualnego sporu, z kwestionowania, i to stało się dla mnie bardzo atrakcyjne. I z tego potem powstał pomysł, aby utworzyć szkołę filozofii, gdyż uznałem, że taka „doraźność szkoleniowa“ jest nieskuteczna. Gdy porównałem to, co robię z modelem stosowanym w starożytnych szkołach filozoficznych, gdzie nauka nie odbywała się na weekendowych kursach, tylko przez całe życie, pomyślałem, że może założę szkołę, która będzie wsparciem dla ludzi, którzy tego poszukują, a która będzie oferowała pewien rodzaj kontynuacji uczenia się: warsztatów, pracy online, spotkań w małych grupach i wyjazdu do Puszczy Białowieskiej. Pomyślałem, że chciałbym znaleźć dla mojej szkoły miejsce, bo to dodałoby jej stabilności i chciałem aby to było miejsce w naturze. Pierwotnie miała to być Puszcza, ale ze względu na to jak bardzo jest obciążona lokalnym konfliktem politycznym, uznałem, że nie jest to dobry pomysł. I bardzo chciałem, aby szkoła była międzynarodowa, aby każdy tam mógł przyjechać i z kilku miejsc najlepszym okazało się to miejsce w Apeninach.

M.M.: Czyli pomysł rozwijał się niejako organicznie? Testowałeś go, zmieniałeś plany i to prowadziło Cię do kolejnego kroku?

M.F.: Tak, i jednocześnie gdy podjąłem decyzję, że tę szkołę założę, poczułem pewien rodzaj spokoju, który wynika z tego, że nie jest to sztuczny projekt, że wszystkie wątki mojego życia, wszystkie moje doświadczenia zawodowe, na przykład również dziennikarskie, dzięki którym umiem dobrze pisać – zaprowadziły mnie w to miejsce. I to wszystko się zbiegło w jednym punkcie. Poczułem, że jest to ten mój właściwy projekt i jeśli się wolno rozwija, to tak teraz jest. Mam resztę życia na to, aby go rozwijać. Niech ta roślinka rośnie sobie w swoim tempie, nie muszę jej wyciągać za fraki.

M.M.: Sporo już powiedziałeś przy okazji innych pytań, które Ci zadawałam, czym jest dla Ciebie życie w kontakcie ze sobą, niemniej jednak pozwól, że zadam Ci to pytanie raz jeszcze, tym razem wprost. Kontakt ze sobą – czym jest i jak go rozwijać?

M.F.: Po pierwsze, zawsze czuję lekki bunt, gdy słyszę sformułowanie typu: „kontakt ze sobą“, albo: „życie w zgodzie ze sobą“. Ten bunt wiąże się z niejasnością słowa „sobą“. Bo mogę sobie wyobrazić sytuację, gdy ktoś żyje w zgodzie ze sobą, ale uznaje, że ten „ja“ to jest na przykład idący po trupach człowiek sukcesu. Te nauki, w obrębie których mój umysł funkcjonuje, one kwestionują to „sobą“. W buddyzmie jaźń jest przeszkodą, a w naukach greckich to „ja“ jest zawsze rozumiane w kontekście całego wszechświata: jest fragmentem dużo większej układanki. Więc gdy mówię: „w kontakcie ze sobą“ to rozumiem to jako kontakt ze środowiskiem. To jestem ja – ja jestem funkcją tego środowiska. Ale wyobrażam sobie, że mógłbym łatwo zmylić samego siebie, uznając, że bycie w kontakcie ze sobą, to bycie w kontakcie z moim ego.

Czyli bycie w kontakcie ze sobą to dla mnie bycie w kontakcie z naturalnymi rytmami, z tym wszystkim co nie zostało sztucznie wykreowane przez styl życia, marketing, reklamę, co nie zostało we mnie zamontowane. Nie będę się dostrajał do tego, co nie jest naturalne. Bycie w kontakcie ze sobą byłoby więc dla mnie dostrojeniem do procesu życia, czyli na przykład wracaniem uwagą co jakiś czas do oddechu, ćwiczeniem życzliwości i otwarcia, zauważanie kiedy mój umysł wydaje oceny. Jednak zauważanie tego, że umysł ocenia, jest możliwe tylko wtedy, gdy wyjściową emocją jest życzliwość. Gdyby punktem wyjścia była rywalizacja, to w ogóle nie jesteśmy w stanie nawet zauważyć, że oceniamy.

Marzanna Maciejewska

Coach, Facylitatorka, Pasjonatka rozwoju

Pozostań
z nami w kontakcie

Zapisz się do newslettera!